Wybór przedszkola dla Młodszego nie przysporzył nam większych problemów. I całe szczęście - przy wszystkich kłopotach jakie mamy ze szkołą dla Starszego zwyczajnie nie wystarczyłoby nam sił i środków na zajęcie się przedszkolami. No ale przedszkole mamy wypróbowane i jest świetne, Młodszy idzie po prostu tam gdzie Starszy. Nawet przez chwilę mają chodzić razem - teraz właśnie, przez dwa tygodnie lipca.
Byłam na zebraniu rodziców nowych przedszkolaków. Pierwszy raz, bo ze Starszym sie na takie zebranie nie załapałam, on do przedszkola trafił w październiku, kiedy wszystkie akcje przygotowawczo-adaptacyjne były już pieśnią przeszłości. Co mnie zdziwiło, to to jak łagodnie na zebraniu dyrekcja podchodziła do kwestii adaptacji. Pierwszy dzień - godzina, a zresztą wystarczy i dwadzieścia minut; rodzice mogą siedziec w przedszkolu, w sali nie ale na korytarzu, nawet całymi tygodniami; i tak dalej.
No cóż: Młodszy podszedł do adaptacji zadaniowo. Już tydzień wcześniej zapowiedział, że pierwszego dnia spędzi w przedszkolu dwie godziny, drugiego - trzy, a trzeciego już pięć (musiał sobie pomagać pokazując na paluszkach "o, tyle"). I tego się trzymał z żelazną konsekwencją. Co prawda, jest mu na pewno o tyle łatwiej, że ma w przedszkolu brata. Ale tak czy owak, dzielny jest!
Z rozmówek po powrocie (J - ja, M - Młodszy, S - Starszy):
J: No to byłeś dziś w przedszkolu.
M: Dwa razy byłem w przedszkolu. I raz na podwórku. Razem trzy.
J: Co robiłeś w przedszkolu?
M: Czytałem książkę o samochodach.
J: To ty umiesz czytać?
M: To była taka specjalna książka. Bez literek i cyferek. Takie umiem.
J: Chcesz zupę?
M: Nie chcę. Jadłem w przedszkolu.
J: A jaka była?
M: Nie wiem.
S: Kalafiorowa.
M: Kalafiorowa. Brat mi podpowiedział!
[Czwartek]
M: Mamooooo, bardzo chce mi się pić!
J: A w przedszkolu nie piłeś?
M: Nie mogłem znaleźć bidonu.
J: To musisz poprosić panią albo brata, zeby ci pomogli.
[Piątek]
J: I co, piłeś cos w przedszkolu?
M: Tak, brat mi pomógł znaleźć bidon. Był pod białym namiotem!
J: Co dziś jadłeś w przedszkolu?
M: Ryż i mięsko. Ryż z marchewką, a mięsko bez niczego.
Tytuł bloga pochodzi od najwcześniejszych zainteresowań mojego starszego syna. Wodospady, fontanny i witraże. Dziwne? Prawda - ale mój syn jest trochę dziwny. Ma zespół Aspergera, stosunkowo łagodną postać zaburzenia ze spektrum autyzmu. Blog opisuje codzienność życia rodziny z małym Aspim.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty
sobota, 11 lipca 2015
piątek, 27 grudnia 2013
"Kraina lodu"
W poniedziałek 16 grudnia Starszy miał mieć z przedszkola wycieczkę do teatru. Wcześniej już trzy wycieczki przedszkolne zaliczył; za każdym razem towarzyszył mu Tata, chcąc uniknąć sytuacji, w której swoimi fochami zaabsorbuje całkowicie jedna z pań, a reszta dzieciaków zostanie z niedostateczną opieką. Faktycznie ani razu nie zdecydował się wsiąść do autokaru ("bo tam gra muzyka", raz wyjaśnił), na miejsce wycieczki wiózł go Tata. Dalej było niewiele lepiej: do planetarium wszedł, ale jak zaczęły gasnąć światła to zwiał, do teatru (innego) w ogóle nie chciał wejść.
No, ale teraz miało być inaczej. Skoro jest terapeutka-Cień, to my już nie musimy zapewniać dodatkowej obstawy. Albo wsiądzie ze wszystkimi do autobusu, albo zostanie w przedszkolu z Cieniem.Przyznam, że mieliśmy trochę nadzieję, że pozbawiony rodzica w odwodzie Starszy spręży się i weźmie normalnie udział w wycieczce. A wyszło... jeszcze lepiej, niż myśleliśmy.
Jakoś w ostatniej chwili (w dniu wycieczki rano) okazało się, że w budynku teatru nie ma prądu i przedstawienie jest odwołane. Żeby uniknąć rozczarowania, przedszkole na gwałt zorganizowało atrakcję zastępczą: film "Kraina lodu". To mógł być dla Starszego cios - on nienawidzi, jak mu zmieniają play - ale jakoś zdzierżył (!), wszedł do centrum handlowego (!!) w którym było kino, nie uciekł jak zgasły światła (!!!) i nawet jeździł z Cieniem po ruchomych schodach..
Dla mnie bomba. Niezależnie, czy to zasługa Cienia, masażu, czy jeszcze czego innego
No, ale teraz miało być inaczej. Skoro jest terapeutka-Cień, to my już nie musimy zapewniać dodatkowej obstawy. Albo wsiądzie ze wszystkimi do autobusu, albo zostanie w przedszkolu z Cieniem.Przyznam, że mieliśmy trochę nadzieję, że pozbawiony rodzica w odwodzie Starszy spręży się i weźmie normalnie udział w wycieczce. A wyszło... jeszcze lepiej, niż myśleliśmy.
Jakoś w ostatniej chwili (w dniu wycieczki rano) okazało się, że w budynku teatru nie ma prądu i przedstawienie jest odwołane. Żeby uniknąć rozczarowania, przedszkole na gwałt zorganizowało atrakcję zastępczą: film "Kraina lodu". To mógł być dla Starszego cios - on nienawidzi, jak mu zmieniają play - ale jakoś zdzierżył (!), wszedł do centrum handlowego (!!) w którym było kino, nie uciekł jak zgasły światła (!!!) i nawet jeździł z Cieniem po ruchomych schodach..
Dla mnie bomba. Niezależnie, czy to zasługa Cienia, masażu, czy jeszcze czego innego
środa, 11 grudnia 2013
Cień
W ramach kształcenia specjalnego przedszkole zatrudniło Starszemu terapeutę-Cienia.
Cienia poznałam. Miła babka, bardzo - w odróżnieniu od nas - gadatliwa, spontaniczna i ekstrawertyczna. Przy tym usportowiona, zresztą z zawodu terapeuta ruchu. Tata skomentował, że będzie nieźle uzupełniać rodziców, właśnie dlatego, że jest zupełnie inna.
Prawdę mówiąc, mieliśmy wątpliwości, czy akurat Cień jest Starszemu potrzebny. Czy nie wyalienuje go dodatkowo z grupy fakt, że on jeden ma anioła stróża szwendającego się za nim jak dryfkotwa. Ale jakoś to przedszkole musi wydać subwencję, niechże więc będzie Cień. Obiecano nam, że Cień będzie animować jakieś interakcje między Starszym a kolegami z grupy.
Cienia poznałam. Miła babka, bardzo - w odróżnieniu od nas - gadatliwa, spontaniczna i ekstrawertyczna. Przy tym usportowiona, zresztą z zawodu terapeuta ruchu. Tata skomentował, że będzie nieźle uzupełniać rodziców, właśnie dlatego, że jest zupełnie inna.
Prawdę mówiąc, mieliśmy wątpliwości, czy akurat Cień jest Starszemu potrzebny. Czy nie wyalienuje go dodatkowo z grupy fakt, że on jeden ma anioła stróża szwendającego się za nim jak dryfkotwa. Ale jakoś to przedszkole musi wydać subwencję, niechże więc będzie Cień. Obiecano nam, że Cień będzie animować jakieś interakcje między Starszym a kolegami z grupy.
czwartek, 28 listopada 2013
Urodziny
Starszy ostatnio po raz trzeci w swojej przedszkolnej karierze został zaproszony na urodziny kolegi.
I o ile na dwie poprzednie imprezy zdecydowanie nie chciał iść, to tym razem wyraził zainteresowanie. (Pewnie sporą rolę odegrał w zmianie zdania fakt, że tym razem urodziny miały się odbywać po prostu w przedszkolnej sali - zresztą pięć lat kończył syn dyrektorki przedszkola - a nie w indiańskiej wiosce czy innej kawiarni, co do których Starszy z przekonaniem stwierdzał, że on tam nie pójdzie, bo tam będzie muzyka. I co gorsza pewnie miał rację.) Perspektywa zakupu prezentu dla kompletnie mi nieznanego pięciolatka trochę mnie przeraziła, ale spróbowalam podpytać Starszego, co jubilat lubi i co mu podarować, i okazało się, że mój syn miał w tej sprawie wyrobione zdanie. "Książkę - zarządził - w której będzie napisane, jaka jest temperatura na różnych planetach." Cóż, mam tylko nadzieję, że obdarowany też to uzna za ciekawe...
Miałam zresztą pewien kłopot z zakupem prezentu. Wybrałam się do EMPiKu (dane na stronie www sugerowały, że powinnam znaleźć tam parę książek, które potencjalnie mogłyby spełniać kryterium wyznaczone przez Starszego). Nie wiem, czy pomyłkowo puścili tam muzykę głośniej niż zwykle, czy ja się odzwyczaiłam od sklepowych standardów przez lata kupowania w internecie, ale ledwo byłam w stanie wytrzymać ten hałas. Chlupotało mi w głowie, miałam mdłości, czułam się zdezorientowana i nie wiedziałam, w którą stronę do wyjścia. Jeśli mój nadwrażliwy słuchowo syn tak się czuje w każdym sklepie, to mu się wcale nie dziwię, że do nich nie wchodzi.
Ale wszystko skończyło się dobrze: Starszy poszedł na urodziny (z tatą, bo tak chciał), zjadł kawałek tortu, pobawił się z kolegami i wrócił zadowolony. Potem wprawdzie do wieczora kiepsko jadł, ale ja i tak jestem wniebowzięta. Jupi!
I o ile na dwie poprzednie imprezy zdecydowanie nie chciał iść, to tym razem wyraził zainteresowanie. (Pewnie sporą rolę odegrał w zmianie zdania fakt, że tym razem urodziny miały się odbywać po prostu w przedszkolnej sali - zresztą pięć lat kończył syn dyrektorki przedszkola - a nie w indiańskiej wiosce czy innej kawiarni, co do których Starszy z przekonaniem stwierdzał, że on tam nie pójdzie, bo tam będzie muzyka. I co gorsza pewnie miał rację.) Perspektywa zakupu prezentu dla kompletnie mi nieznanego pięciolatka trochę mnie przeraziła, ale spróbowalam podpytać Starszego, co jubilat lubi i co mu podarować, i okazało się, że mój syn miał w tej sprawie wyrobione zdanie. "Książkę - zarządził - w której będzie napisane, jaka jest temperatura na różnych planetach." Cóż, mam tylko nadzieję, że obdarowany też to uzna za ciekawe...
Miałam zresztą pewien kłopot z zakupem prezentu. Wybrałam się do EMPiKu (dane na stronie www sugerowały, że powinnam znaleźć tam parę książek, które potencjalnie mogłyby spełniać kryterium wyznaczone przez Starszego). Nie wiem, czy pomyłkowo puścili tam muzykę głośniej niż zwykle, czy ja się odzwyczaiłam od sklepowych standardów przez lata kupowania w internecie, ale ledwo byłam w stanie wytrzymać ten hałas. Chlupotało mi w głowie, miałam mdłości, czułam się zdezorientowana i nie wiedziałam, w którą stronę do wyjścia. Jeśli mój nadwrażliwy słuchowo syn tak się czuje w każdym sklepie, to mu się wcale nie dziwię, że do nich nie wchodzi.
Ale wszystko skończyło się dobrze: Starszy poszedł na urodziny (z tatą, bo tak chciał), zjadł kawałek tortu, pobawił się z kolegami i wrócił zadowolony. Potem wprawdzie do wieczora kiepsko jadł, ale ja i tak jestem wniebowzięta. Jupi!
sobota, 7 września 2013
Kapcie
Starszy nie nosi kapci.
Nosi "abeeski" - skarpetki z silikonową podeszwą (firmy Sterntaler albo podróby z Yorkera). Kiedyś, w przedszkolu (przedprzedszkolu?) u pani Adeli (opisanym w poście o przedszkolach) zdarzało mu sie nosić kapcie. Jak szedł do prawdziwego przedszkola odpuściłam, bo adaptacja itp. No i w efekcie przestał nosić w ogóle.
Tylko ostatnio z głupia frant spytałam, czy woli do przedszkola kapcie dziś czy od września. "Abeeski" - westchnął prosząco. "Z abeesków już wyrastasz" - wyjaśniłam. Zastanowił się i zarządził: "dziś". No to dałam kapcie do przedszkola, nie ma. Trochę się obawiałam, że chce kapcie dziś, żeby potem już nie musieć, ale nie! Jak zaczął nosić, tak nosi.
Niech mu będzie na zdrowie. Ja tam wolę, żeby w przedszkolu nosił kapcie nawet z takich praktycznych względów: w łazience może być nachlapane, po co ma moczyć skarpetki. Zwłaszcza teraz, jak jesień idzie. Ale też jest w tym może trochę dostosowania się do ogólnoprzedszkolnych obyczajów: pozostałe dzieci noszą kapcie.
A po domu dalej gania w skarpetkach.
Nosi "abeeski" - skarpetki z silikonową podeszwą (firmy Sterntaler albo podróby z Yorkera). Kiedyś, w przedszkolu (przedprzedszkolu?) u pani Adeli (opisanym w poście o przedszkolach) zdarzało mu sie nosić kapcie. Jak szedł do prawdziwego przedszkola odpuściłam, bo adaptacja itp. No i w efekcie przestał nosić w ogóle.
Tylko ostatnio z głupia frant spytałam, czy woli do przedszkola kapcie dziś czy od września. "Abeeski" - westchnął prosząco. "Z abeesków już wyrastasz" - wyjaśniłam. Zastanowił się i zarządził: "dziś". No to dałam kapcie do przedszkola, nie ma. Trochę się obawiałam, że chce kapcie dziś, żeby potem już nie musieć, ale nie! Jak zaczął nosić, tak nosi.
Niech mu będzie na zdrowie. Ja tam wolę, żeby w przedszkolu nosił kapcie nawet z takich praktycznych względów: w łazience może być nachlapane, po co ma moczyć skarpetki. Zwłaszcza teraz, jak jesień idzie. Ale też jest w tym może trochę dostosowania się do ogólnoprzedszkolnych obyczajów: pozostałe dzieci noszą kapcie.
A po domu dalej gania w skarpetkach.
sobota, 29 czerwca 2013
Wywiadówka
...a w zasadzie spotkanie indywidualne z wychowawczynią Starszego, p. Kasią.
Było miło. P. Kasia opowiedziała parę anegdotek (np. że Starszy raz na placu zabaw przyniósł jej kwiaty), pochwaliła go za wiedzę (że czyta, że zna nazwy ulic w mieście, że zna się na kalendarzu) i za technikę rysunku (faktycznie ma coraz pewniejszą i bardziej wyrobioną kreskę), zapewniła o postępach Starszego w rozwoju społecznym (a mnie serce rośnie, bo o to mi głównie w całym tym przedszkolowaniu chodzi) - i w sumie tyle.
Było miło. P. Kasia opowiedziała parę anegdotek (np. że Starszy raz na placu zabaw przyniósł jej kwiaty), pochwaliła go za wiedzę (że czyta, że zna nazwy ulic w mieście, że zna się na kalendarzu) i za technikę rysunku (faktycznie ma coraz pewniejszą i bardziej wyrobioną kreskę), zapewniła o postępach Starszego w rozwoju społecznym (a mnie serce rośnie, bo o to mi głównie w całym tym przedszkolowaniu chodzi) - i w sumie tyle.
piątek, 28 czerwca 2013
Szkarlatyna
W przedszkolnej grupie Starszego:
- czworo dzieci choruje na szkarlatynę;
- troje dzieci (w tym Starszy) choruje na choroby podobnej natury (tzn. z gorączką, wysypką i/lub zmianami w gardle), o których jednak pediatrzy twierdzą, że to nie jest szkarlatyna;
- dwoje dzieci jest zdrowych, ale nie chodzi do przedszkola, żeby się nie zarazić;
- pięcioro dzieci chodzi normalnie do przedszkola;
- o jednym nic nie wiadomo.
wtorek, 25 czerwca 2013
Obserwacja
Przedszkole Starszego przewiduje dla rodziców instytucję zwaną obserwacją. Chodzi o to, żeby mama albo tata przyszli do przedszkola w czasie pracy własnej dzieci, usiedli spokojnie w kąciku i obserwowali przez pół godziny, co też ich dziecię porabia. Jakoś przez 8 miesięcy nie zebraliśmy się, żeby to zrobić (bo to jednak pewnego wysiłku organizacyjnego wymaga, trzeba gdzieś Młodszego upchnąć), ale w końcu trzeba było się sprężyć. Zwłaszcza że wisi nad nami wywiad w PPP - pewnie będą mnie tam pytać, jak dziecko funkcjonuje w przedszkolu, i nie chciałabym wyjść na kompletną ignorantkę!
Przyszłam na obserwację w zeszły czwartek o 11. Dzieci dopiero wracały z podwórka - w ubiegłym tygodniu był upał i spacery zamiast w południe urządzano rano. Starszy był już w sali, rysował sobie - przedszkolanka powiedziała, że dziś pierwszy popędził do szatni i sam zmienił buty, co się zwykle nie zdarza. Rysował, jak zwykle ostatnio, Sky Tower. Reszta grupy też się stopniowo zeszła i siedli w kręgu (Starszy twardo rysuje). Zaczęli pogawędkę o kalendarzu i pogodzie (Starszy idzie po inną kredkę). Zacięli się przy pytaniu "który mamy rok" (Starszy, przechodzący akurat z kredką, wtrąca mimochodem "2013"). Przeszli do rytuału gaszenia świeczek (Starszy udaje, że go to nic nie obchodzi, ale w stosownym momencie podchodzi zgasić swoją świeczkę).
W sumie: trzyma się na uboczu, ale pilnie obserwuje i momentami się włącza. W porównaniu z rówiesnikami - odludek, ale w porównaniu z samym sobą sprzed 9 miesięcy - dusza towarzystwa.
Przyszłam na obserwację w zeszły czwartek o 11. Dzieci dopiero wracały z podwórka - w ubiegłym tygodniu był upał i spacery zamiast w południe urządzano rano. Starszy był już w sali, rysował sobie - przedszkolanka powiedziała, że dziś pierwszy popędził do szatni i sam zmienił buty, co się zwykle nie zdarza. Rysował, jak zwykle ostatnio, Sky Tower. Reszta grupy też się stopniowo zeszła i siedli w kręgu (Starszy twardo rysuje). Zaczęli pogawędkę o kalendarzu i pogodzie (Starszy idzie po inną kredkę). Zacięli się przy pytaniu "który mamy rok" (Starszy, przechodzący akurat z kredką, wtrąca mimochodem "2013"). Przeszli do rytuału gaszenia świeczek (Starszy udaje, że go to nic nie obchodzi, ale w stosownym momencie podchodzi zgasić swoją świeczkę).
W sumie: trzyma się na uboczu, ale pilnie obserwuje i momentami się włącza. W porównaniu z rówiesnikami - odludek, ale w porównaniu z samym sobą sprzed 9 miesięcy - dusza towarzystwa.
niedziela, 16 czerwca 2013
Piknik
Był w przedszkolu piknik rodzinny. Jakieś występy dla rodziców, kiełbaski, ciasto. Normalka.
Starszy odmówił wejścia do sali, w której koledzy z jego grupy wystepowali dla rodziców. Oglądał wystep dwóch pozostałych grup, ale też przez szybę, bo mieli głośniki. Potem przez pół godziny trzeba go było namawiać, żeby wyszedł zza tej szyby na ciasto i kiełbaskę (w końcu wyszedł).
Kocham go bardzo, to jest fantastyczny chłopak, nie zamieniłabym go na innego.
Ale wieczorem, jak już poszedł spać, płakałam. Niedługo, może kwadrans. Opłakiwałam to, co mnie ominęło: oglądanie (z dumą!) pierwszego publicznego występu Starszego.
Starszy odmówił wejścia do sali, w której koledzy z jego grupy wystepowali dla rodziców. Oglądał wystep dwóch pozostałych grup, ale też przez szybę, bo mieli głośniki. Potem przez pół godziny trzeba go było namawiać, żeby wyszedł zza tej szyby na ciasto i kiełbaskę (w końcu wyszedł).
Kocham go bardzo, to jest fantastyczny chłopak, nie zamieniłabym go na innego.
Ale wieczorem, jak już poszedł spać, płakałam. Niedługo, może kwadrans. Opłakiwałam to, co mnie ominęło: oglądanie (z dumą!) pierwszego publicznego występu Starszego.
środa, 12 czerwca 2013
Przedszkola
Były trzy.
Najpierw właściwie nie przedszkole, ale zajęcia adaptacyjne dla niechodzących do przedszkola dzieci w wieku 2-4 lata, u pani Adeli (psycholożki). Raz w tygodniu trzy godziny, z początku w towarzystwie mamy, później stopniowo dzieci miały zostawać same. O dziwo - problemu z zostawaniem bez mamy Starszy nie miał. W ogóle żadnego. Tyle, że zostawiony zamiast bawić się z dziećmi (grupka ośmioosobowa) trzymał się na uboczu. Jeszcze do stolika do rysowania czasem siadał, ale wszelkie zabawy ruchowe w kółeczku odbywały się bez niego, zaszywał się w innym pokoju z książką. Chodził tam dość chętnie (z wyjątkiem ostatniego razu, kiedy się zbuntował), ale bez szczególnego entuzjazmu. Dopiero po czasie docenił, teraz zapytany "to dokąd poślemy Młodszego do przedszkola?" odpowiedział rozpływającym się z rozczulenia głosem "do pani Adeli..."
Potem małe, prywatne "centrum rozwoju dziecka" (czy jakaś podobna nazwa - jak się nie jest oficjalnie przedszkolem ani punktem przedszkolnym, to coś trzeba na szyldzie napisać). Zalety: ośmioosobowa grupa i lokalizacja na sąsiedniej ulicy. Wady: niedokształcona kadra (wychowawczyni-studentka, pomoc po maturze która czasem sama prowadzi zajęcia, jak studentka jest na uczelni). To z takich widocznych na pierwszy rzut oka, bo potem różne jeszcze rzeczy powyłaziły. Tak czy owak, Starszy chodził tam coraz mniej chętnie - a jedyny pomysł, jaki przedszkole miało na rozwiązanie problemów adaptacyjnych, to przenieść go do grupy dwulatków (!). W końcu wszyscy daliśmy sobie spokój.
W końcu wylądował w przedszkolu Montessori (psim swędem - pod koniec września napisałam maila, z głupia frant pytając o wolne miejsce, i okazało się, że akurat jest jedno od października...). I jest super! Owszem, bywa że oświadcza: "nie chcę iść do przedszkola!" Owszem, bywa, że nie bierze udziału w zajęciach. Owszem, odmawia noszenia kapci i jeżdżenia na wycieczki autokarem. Ale summa summarum podoba mu się. I - moim zdaniem - to działa, tzn. chłopak ewidentnie rozwija się społecznie, dostrzega kolegów (prawdę mówiąc, głównie koleżanki), ma do nich jakiś stosunek emocjonalny, pamięta kilka imion...
Najpierw właściwie nie przedszkole, ale zajęcia adaptacyjne dla niechodzących do przedszkola dzieci w wieku 2-4 lata, u pani Adeli (psycholożki). Raz w tygodniu trzy godziny, z początku w towarzystwie mamy, później stopniowo dzieci miały zostawać same. O dziwo - problemu z zostawaniem bez mamy Starszy nie miał. W ogóle żadnego. Tyle, że zostawiony zamiast bawić się z dziećmi (grupka ośmioosobowa) trzymał się na uboczu. Jeszcze do stolika do rysowania czasem siadał, ale wszelkie zabawy ruchowe w kółeczku odbywały się bez niego, zaszywał się w innym pokoju z książką. Chodził tam dość chętnie (z wyjątkiem ostatniego razu, kiedy się zbuntował), ale bez szczególnego entuzjazmu. Dopiero po czasie docenił, teraz zapytany "to dokąd poślemy Młodszego do przedszkola?" odpowiedział rozpływającym się z rozczulenia głosem "do pani Adeli..."
Potem małe, prywatne "centrum rozwoju dziecka" (czy jakaś podobna nazwa - jak się nie jest oficjalnie przedszkolem ani punktem przedszkolnym, to coś trzeba na szyldzie napisać). Zalety: ośmioosobowa grupa i lokalizacja na sąsiedniej ulicy. Wady: niedokształcona kadra (wychowawczyni-studentka, pomoc po maturze która czasem sama prowadzi zajęcia, jak studentka jest na uczelni). To z takich widocznych na pierwszy rzut oka, bo potem różne jeszcze rzeczy powyłaziły. Tak czy owak, Starszy chodził tam coraz mniej chętnie - a jedyny pomysł, jaki przedszkole miało na rozwiązanie problemów adaptacyjnych, to przenieść go do grupy dwulatków (!). W końcu wszyscy daliśmy sobie spokój.
W końcu wylądował w przedszkolu Montessori (psim swędem - pod koniec września napisałam maila, z głupia frant pytając o wolne miejsce, i okazało się, że akurat jest jedno od października...). I jest super! Owszem, bywa że oświadcza: "nie chcę iść do przedszkola!" Owszem, bywa, że nie bierze udziału w zajęciach. Owszem, odmawia noszenia kapci i jeżdżenia na wycieczki autokarem. Ale summa summarum podoba mu się. I - moim zdaniem - to działa, tzn. chłopak ewidentnie rozwija się społecznie, dostrzega kolegów (prawdę mówiąc, głównie koleżanki), ma do nich jakiś stosunek emocjonalny, pamięta kilka imion...
Subskrybuj:
Posty (Atom)